Jedną drogą ty, drugą drogą ja

Odkurzanie półek z książkami wcześniej czy później musi skończyć się sentymentalną podróżą w lata dzieciństwa. Czy może być inaczej, gdy wzrok padnie na stary, harcerski śpiewnik, z którego dzisiaj pewnie już mało kto korzysta? Śpiewnik, choć mocno podniszczony, wcale nie jest jeszcze taki stary – wydany został w 1983 roku. Natomiast wiele piosenek w nim zawartych pochodzi z lat 70-tych a nawet 60-tych. Patriotyczna część zdecydowanie trąci myszką. Są jednak piosenki, które się nie zestarzały, bo czy mogą się zestarzeć piosenki o przyjaźni, braterstwie, pięknie przyrody, magicznej atmosferze ogniska ?

Dwie drogi, Nasze piosenki, wybór i opracowanie Jerzy Niedźwiecki

Obozy harcerskie, na które jeździłem w dzieciństwie organizowane były nad jeziorem Białym koło Włodawy, tuż przy granicy z Białorusią. W tamtych czasach było to miejsce zupełnie dzikie: za siedmioma górami, za siedmioma lasami… Od północno-zachodniej strony pola uprawne dochodziły aż do przybrzeżnych trzcin. Od zachodu pola przechodziły w rozległy ugór z rzadka porośnięty młodymi drzewkami. Właśnie na tym ugorze co roku stał nasz letni obóz harcerski. Od południowej strony prawie do samego brzegu jeziora podchodził sosnowy las. Nieco w głębi stało kilka zakładowych ośrodków wypoczynkowych. Sprawiały wrażenie opustoszałych, jakby tam nikogo nie było. Od wschodu, zachodu i południa jezioro otaczał las. Wiedziałem, że jest duży, ale tak na prawdę nie zdawałem sobie wtedy sprawy jak wielki to był las. Najładniejsze plaże ciągnęły się wzdłuż północno-wschodniej i wschodniej części jeziora. Wpełzały głęboko w zielonkawą toń mieniącej się refleksami światła wody. Woda była tak czysta, że nawet na głębokości 2-3 metrów piaszczyste dno widać było jak na dłoni. Liczne pomosty oddzielały kąpieliska od głębokiej toni lub wystrzelały wgłąb, gdzie dno było już zupełnie niewidoczne. I ten raj na Ziemi był prawie pusty, zupełnie jeszcze nie odkryty. Wczasowiczów – jak na lekarstwo. Tylko w niedziele senna na co dzień Okuninka (wieś zahaczająca o północno-wschodnią część jeziora ) nieco się ożywiała, na wypoczynek przyjeżdżali mieszkańcy pobliskiej Włodawy. Do lasu często chodziliśmy sami, całą drużyną, bez opieki osoby dorosłej. Nie wolno było oddalać się indywidualnie. W grupie – bardzo proszę. Wystarczyło poinformować naszego drużynowego i uzyskać jego zgodę. A to zbieraliśmy drewno na ognisko, a to kurki czy jagody na obiad, a to bawiliśmy się w podchody – w lesie pełnym gadów i mokradeł, który ciągnął się nieprzerwanie co najmniej kilkanaście kilometrów! Przyciągnięte z lasu gałęzie trzeba było pociąć na mniejsze kawałki: część na wieczorne ognisko, część na potrzeby kuchni polowej.

Grubsze pniaki i konary przed porąbaniem cięto ręczną piłą na mniejsze kawałki. Zajmowali się tym chłopcy. Nawet wśród 10-cio latków byli tacy, którzy operowali ostrym toporkiem nie gorzej niż piłką nożną na boisku szkolnym. I nikt się temu nie dziwił, ani się tym nie zachwycał. Każdy harcerz nosił przy pasku „finkę” – mniej lub bardziej ostry harcerski nóż. Prezentował się nieźle. Nadawał się do ucięcia gałęzi, ale zupełnie nie nadawał się do obierania ziemniaków. Tak, tak. Każda drużyna miała raz w tygodniu dyżur „na kuchni”. Do jej obowiązków należało wówczas obranie ziemniaków dla całego obozu, napełnienie zbiorników kuchni polowej pitną wodą, umycie kuchni po obiedzie i pomoc paniom kucharkom w ciągu całego dnia. Po produkty na obiad często chodziliśmy do… lasu. Grzybów i jagód było tam zatrzęsienie. Najbardziej lubiłem zbierać kurki. Wystarczyło wejść leśną drogą na kilkadziesiąt metrów w głąb lasu i wprost pod nogami zaczynały pojawiać się, z daleka widoczne, żółte skupiska kurek. Im dalej w las, tym było ich więcej. W pewnym momencie cała droga zaczynała pstrzyć się żółtymi plamami. Można je było zbierać wiadrami, podobnie jak jagody. Ale kurki zbierało się znacznie szybciej. Najbardziej uciążliwe w tej dzikiej dziczy były komary. Na pierwszy rzut oka szanse na wygraną w walce o naszą krew mieliśmy niewielkie. Wroga armia miała znaczną przewagą taktyczną, a pod względem liczebnym przewyższała nas o wiele rzędów wielkości. Czasem zastanawialiśmy się przy ognisku, ile komarów żyje w takim lesie jak nasz. Niestety nawet perfekcyjna znajomość tabliczki mnożenia nie wystarczała, by z grubsza oszacować ich ilość. Mieliśmy jednak na nie skuteczny sposób, rósł na bagnach i nazywał się…”bagno”. Była to roślina o wyjątkowo silnym, balsamicznym zapachu. W podmokłych częściach lasu rosła masowo, tworząc rozległe, intensywnie zielone dywany, dochodzące do jednego metra wysokości. Znalezienie jej nie nastręczało żadnych trudności. W upalne dni ilość wydzielanych przez nią olejków eterycznych była tak duża, że wystarczyło wejść do lasu i kierować się „nosem”, by odnaleźć jej najbliższe stanowisko. Tam, gdzie rosło „bagno” prawie nie było owadów, intensywny zapach rośliny skutecznie wszystkie odstraszał. Wystarczyło przynieść do namiotu pęczek gałązek tego zielska, by skutecznie zniechęcić komary do zaglądania do środka. Jeszcze lepsze rezultaty dawało odymienie namiotu tlącymi się gałązkami „bagna”. Przy okazji odymialiśmy naszą odzież, i działało to chyba skuteczniej niż dzisiejsze specyfiki „od komarów”. Jedynym minusem naszego sposobu na komary było to, że ze względu na wydzielane przez roślinę żrące olejki eteryczne trzeba było obchodzić się z nią dość ostrożnie. Nieostrożnych czekała kara w postaci swędzącej wysypki na skórze. Kleszczy to chyba wtedy jeszcze nie wynaleziono. Nie pamiętam przypadku, żeby ktoś wyciągał sobie kleszcza. Było za to zatrzęsienie padalców, zaskrońców i żmij. Spaliśmy w 14-osobowych namiotach na drewnianych, składanych łóżkach z twardym materacem. Ze względu na przesycone wilgocią powietrze pościel – gruby koc w poszewce i grube prześcieradło podwinięte pod materac – zawsze była nieco wilgotna. Każdego ranka pierwszą czynnością po przebudzeniu było wypłoszenie z namiotu padalców. Zwłaszcza po deszczowej nocy zbierało się ich zatrzęsienie. Czasem trafiał się zaskroniec, czasem żmija. Na leśnych dróżkach wprost roiło się od tych gadów. Lasy były podmokłe, pełne bagien i grzęzawisk, czyli idealne dla gadziej braci. Co ciekawe, nigdy nie zdarzyło się, żeby kogoś ukąsiła żmija. Z gadów najbardziej lubiłem duże, zielone jaszczurki. W słoneczne dni wygrzewały się na kamieniach i piaszczystych, leśnych łysinach. W przeciwieństwie do zwinek prawie zupełnie się nie bały. Łatwo dawały się złapać, a nawet oswoić.

Największym zagrożeniem, o którym nieustannie nam przypominano nie były wcale spotykane prawie codziennie żmije zygzakowate, ani wałęsające się po puszczy ze znudzonym wyrazem mordy olbrzymie łosie. Były nim niewielkie larwy, stanowiące stadium rozwojowe przywry wywołującej groźną chorobę pasożytniczą: motylicę wątrobową. Choroba atakowała przede wszystkim bydło i leśne zwierzęta, ale zdarzały się też przypadki śmiertelne wśród zarażonych pasożytem ludzi. Jaja pasożyta, przez przewód pokarmowy żywiciela, wraz z kałem wydostają się na zewnątrz. Jeśli trafią do zbiornika wodnego z jaj rozwijają się larwy, które wnikają do organizmów wodnych ślimaków. Tam ulegają przekształceniom i namnażają się. Po opuszczeniu ciała ślimaka, najczęściej błotniarki stawowej, ich przetrwalnikowa forma unosi się swobodnie w wodzie lub przyczepia się do łodyg przybrzeżnych roślin. Przypadkowe napicie się takiej wody z przetrwalnikiem lub przeniesienie przetrwalnika do ust brudną ręką skutkuje zarażeniem się pasożytem. Zazwyczaj przywry atakują wątrobę, ale mogą też przedostać się i zagnieździć w innych narządach jak gałka oczna, mózg czy serce. Ponieważ wodne ślimaki uwielbiają niewielkie, zamulone zbiorniki wodne, ze stojącą, ciepłą wodą a jednocześnie zbiorniki takie służyły często jako wodopoje dla zwierząt prawdopodobieństwo załapania w nich fascjolozy (inna nazwa motylicy wątrobowej) było wyjątkowo wysokie. Uświadomieni o zagrożeniu nie wchodziliśmy nigdy do takiej wody i unikali mycia w niej rąk czy używania jej do innych celów.

Ilustracje: Pierre Joubert, Ilustrator książek i komiksów, Francja

Raz w tygodniu organizowano dla całego obozu kąpiel w gorącej wodzie. Jednego dnia kąpali się chłopcy, drugiego dziewczęta. Kiedy kąpali się chłopcy dziewczęta szły do lasu zbierać grzyby lub jagody i na odwrót, gdy kąpały się dziewczęta chłopcy wychodzili głęboko w las i bawili się w podchody. Wodę grzano na kuchni polowej, na której zazwyczaj gotowany był obiad. W dniach kąpieli obiad był nieco skromniejszy, na przykład jagody ze śmietaną czy sos z kurek z makaronem (pychota). Od rana kuchnia polowa całą parą grzała wodę. Do kąpieli przeznaczony był duży namiot „gospodarczy”, ale w praktyce wszystko działo się poza nim. Jako prysznice wykorzystywane były ogrodowe konewki. Nie mam pojęcia skąd nagle w obozie pojawiała się taka ich ilość. Nawet kąpiel wymagała tu wzajemnej współpracy. Gdy jeden chłopak stojąc na stołku trzymał konewkę i pełnił rolę sterowanego głosem prysznica drugi się namydlał i mył. Zaplanowany przez dorosłych porządek szybko wymykał się spod kontroli. Po pokonaniu pierwszej nieśmiałości chłopcy zaczynali ganiać się na golasa po namiocie a wkrótce potem po terenie całego obozu i polewać wodą z konewek i wiader. Po wyczerpaniu się zapasu ciepłej wody do konewek trafiała woda wprost z jeziora. Dopiero fizyczne zmęczenie szalejących po obozie chłopców przywracało obozowy reżim. Grupa, która się wykąpała musiała teraz nanieść wody i nagrzać ją w obozowej kuchni dla kolejnych drużyn. W dzisiejszych czasach z dużym prawdopodobieństwem całą kadrę takiego obozu oskarżono by o naruszenie co najmniej kilku paragrafów kodeksu karnego. Całe szczęście, że moje dzieciństwo przypadło na czasy, gdy najważniejszy z pedagogicznych przekazów brzmiał: „od czasu do czasu daj mu jeść”.

Późnym wieczorem część chłopaków z naszej drużyny miała zwyczaj wymykać się „cichaczem” na kąpiel w jeziorze. Dołączało do nas kilku zaprzyjaźnionych chłopców z innych drużyn. Nie korzystaliśmy z przyobozowego kąpieliska tylko szli nieco dalej, na ukrytą między szuwarami piaszczystą łachę . „Cichaczem” nie oznaczało, że chodziliśmy tam sami i bez pozwolenia. Zgodę zawsze musiał wyrazić nasz drużynowy i on szedł z nami jako opiekun. Całe wyjście odbywało się jednak w pewnej konspiracji wobec reszty obozu, ponieważ opuszczanie terenu obozu po godzinie 21. było zabronione. Powoli zapadał zmrok i drużynowy nie pozwalał wchodzić zbyt daleko do wody. Każdy musiał być widoczny. Część chłopców kąpała się „na waleta”, część w slipkach. Każdy decydował sam jak chce się kąpać, ale kąpiel na golasa sprawiała więcej przyjemności. Do obozu wracaliśmy równie cicho, jak z niego wychodziliśmy. Oczywiście nikt nie zauważył, że przez pół godziny nas tu nie było. Kto chciał mógł iść teraz spać. Capstrzyk oficjalnie ogłaszano o 22. Większość chłopców tylko na chwilę zaglądała do namiotu, by zabrać ciepły koc i szła w stronę ogniska, gdzie do późna w nocy rozbrzmiewały harcerskie piosenki.

Podczas wycieczki do pobliskiej Włodawy drużynowy zapytał nas: „Kto chce zobaczyć jak wygląda w środku cerkiew ?”. Zgłosiło się kilka osób, w tym ja. Od strony miasta cerkiew wyłaniała się z zieleni drzew nieomal w ostatniej chwili. Prowadził do niej wąski zaułek obrośnięty kasztanami. W porównaniu z katolickimi kościołami była niewielka. Zaraz za dziedzińcem cerkwi teren zaczynał łagodnie opadać ku rzece Bug. Dalej była już Białoruś. Tylko od strony Bugu cerkiew była widoczna w całej krasie i okazałości. W promieniach słońca wyglądała, jakby była żywcem przeniesiona z bajki. Kopuły mieniły się złotem, ściany bielą i błękitem. Weszliśmy do środka, wstrzymałem oddech. Nie wiedziałem na czym mam zatrzymać wzrok. Wszystko tu było takie nowe… Inne niż w kościele, do którego uczęszczałem. Trwało nabożeństwo, ze wszystkich stron dobiegał chóralny śpiew. Próbowałem zobaczyć skąd pochodzą te anielskie głosy, ale chóru nigdzie nie było widać. Musiał być ukryty gdzieś w głębi, za ołtarzem. JAK ONI ŚPIEWALI! Aż ciarki przechodziły po plecach! Z jednej strony dobiegały basy mężczyzn, z drugiej odpowiadały im alty kobiet. Czy to była pieśń czy niebiańska rozmowa gdzieś w zaświatach ? Harmonia i radość tej muzyki przykuły mnie do miejsca, w którym stałem. Bałem się poruszyć, by nie zakłócić otaczających mnie dźwięków. Było to coś zupełnie odmiennego, niż smętne zawodzenie w kościele. Tego dnia zakochałem się w cerkiewnej muzyce. Po latach, gdy odwiedziłem tamte strony cerkiew była zamknięta z powodu remontu. Odpadający tynk, zastawione rusztowaniami ściany… Sprawiała raczej przykre wrażenie. Zagadnąłem starszego mężczyznę napotkanego przed cerkwią o chór.

– Śpiewają jeszcze ?
Machnął z rezygnacją ręką.
– Dziś już nikt TAK nie śpiewa. Starzy powymierali, młodzi wyjechali. A ci co pozostali nie mają na nic czasu.

Ilustracje: Pierre Joubert, Ilustrator książek i komiksów, Francja

Najbardziej magicznym elementem naszych letnich obozów były wieczorne ogniska. Ognisko jest teatrem światła i mroku, ciepła i chłodu, który ma niezwykłą właściwość zbliżania i łączenia ludzi zgromadzonych w jego kręgu. Nawet, gdy nikt nic nie mówi a jedynym dźwiękiem jaki słychać są odgłosy płonących drewien. A może zwłaszcza wtedy. W naszym obozie ognisko płonęło co wieczór. Przychodził ten, kto miał ochotę. Zwykle ktoś grał na gitarze i nucił piosenkę, reszta mu wtórowała. Dwa razy w tygodniu organizowano ognisko dla całego obozu z konkursem piosenki harcerskiej. Poszczególne drużyny prezentowały swoje umiejętności wokalne i przygotowany repertuar. Prawie w każdej drużynie był ktoś, kto lepiej lub gorzej brzdąkał na gitarze. W ostateczności sekcję akompaniamentu można było wypożyczyć u innej drużyny, albo zaryzykować występ solo. Oczywiście drużyny dziewcząt śpiewały znacznie lepiej niż drużyny chłopców. Zwłaszcza starsi chłopcy, którzy zaczęli przechodzić mutację unikali prezentowania swoich aktualnych możliwości wokalnych. Część piosenek śpiewał wspólnie cały obóz. Oficjalne zakończenie ogniska nie mogło się obejść bez odśpiewania: „Ogniska już dogasa blask. Braterski splećmy krąg. W wieczornej ciszy, w świetle gwiazd ostatni uścisk rąk”. Powszechnie znanym i obowiązkowo śpiewanym na każdym ognisku szlagierem było też: „Płonie ognisko i szumią knieje, drużynowy jest wśród nas”. Po oficjalnym zakończeniu ogniska nie wszyscy rozchodzili się do namiotów, część harcerzy zostawała. Śpiew rozbrzmiewał do późna w nocy. Jedni śpiewali, inni słuchali w skupieniu, wpatrzeni w żarzące się węgle dogasającego ogniska. Znużenie w końcu brało górę. Grupka skupiona przy ognisku stawała się coraz mniejsza, aż w końcu zostawała tylko nocna straż.

„Drzewa prowadzą w las”, Nasze piosenki, wybór i opracowanie Jerzy Niedźwiecki

Drzewa prowadzą w las (1)
Drzewa prowadzą w las (2)
Drzewa prowadzą w las (3)

Współczesna mapa okolic Jeziora Białego z zaznaczonym miejscem, gdzie stał nasz obóz.

Zasiądziemy przy ogniskach (1)
Zasiądziemy przy ogniskach (2)
Zasiądziemy przy ogniskach (3)
Zasiądziemy przy ogniskach (4)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *